Mały szaradziarski powrót do przeszłości

22 czerwca 2020

Moje szaradziarstwo. Wyniki

Odkryłam właśnie coś, co pozwoliło mi przenieść się ponad 20 lat wstecz. Jestem studentką i początkującą szaradzistką. Mieszkam w akademiku w Warszawie i w moim otoczeniu nie ma nikogo, kto interesowałby się szaradziarstwem. Nie mam internetu, komputera, żadnego słownika, atlasu; mam natomiast dużo zapału i samozaparcia. Mój wehikuł czasu to mały zeszycik zapełniony liczbami.

Ale na początek dwie szkolne anegdotki (zakończenie roku szkolnego tuż, tuż).
Oto pierwsza z nich:

Październik 2019
Nauczyciel mówi do ucznia: – przeczytaj wypracowanie.
Uczeń odpowiada: – nie mogę, zeszyt został w domu.
Marzec 2020
Nauczyciel mówi do ucznia: – przeczytaj wypracowanie.
Uczeń odpowiada: – nie mogę, zeszyt został w szkole.

Usłyszałam tę historię od nauczyciela z północnych Włoch (a właśnie dzisiaj polscy maturzyści zdają język włoski; trzymam mocno kciuki!).

I druga scenka:
Na lekcji języka angielskiego w liceum nauczycielka mówi do uczniów:
– teraz przejdę na język polski, żebyście lepiej rozumieli, a więc… ta struktura służy do budowania emfazy…

Już teraz życzę wszystkim uczniom i nauczycielom udanego wakacyjnego wypoczynku.

I wracam do mojego wehikułu.

W teczce z różnościami szaradziarskim znalazłam niepozorny notesik. Na okładce widnieje napis: „Moje szaradziarstwo. Wyniki”. Zauważcie: MOJE szaradziarstwo. Tak to wtedy traktowałam. Kupowałam czasopismo i wszystkie zadania były moje. Niechby ktoś tylko spróbował zbliżyć się i coś dopisać!

Zeszycik zawiera dosyć szczegółowe statystyki  obrazujące, jak rozwijałam się jako szaradzistka w kluczowym dla mnie okresie od 1996 do 2004 roku.

Są to zapiski dotyczące wyłącznie czasopism wydawanych przez Rozrywkę. Z pewnością rozwiązywałam również tytuły innych wydawnictw, ale nie zapisywałam tego. Być może uznałam, że notując swoje zmagania z zadaniami jednego wydawnictwa, łatwiej zauważę pewne prawidłowości.

Jeszcze jedna mała uwaga: czy wiecie, na czym polega względność czasu w szaradziarstwie? Napisałam powyżej, że w 1996 roku byłam początkującą szaradzistką. Tak się wtedy czułam, chociaż krzyżówki i inne zadania rozwiązywałam od co najmniej 8 lat. Nie będzie przesady jeśli powiem, że nawet 5 lat później nadal czułam się bardziej adeptką niż zawodowcem. Być może wynika to z tego, że wśród szaradzistów jest dużo osób z bardzo długim stażem. Lepiej się nie chwalić piętnastoletnim doświadczeniem w szaradziarstwie, bo tuż obok może znaleźć się ktoś, przy kim należałoby się określić nowicjuszem. Czy znacie jakąś inną dziedzinę, w której doświadczenie liczone jest raczej dekadami niż latami? Często myślę o szaradziarstwie jako o sztuce, w której zdobywanie kolejnych stopni wtajemniczenia wymaga czasu.

Notatki zaczynają się w lutym 1996 roku. Rozwiązywałam wtedy „Rozrywkę” nr 4 (976) oraz „Rozrywkę Magazyn” nr 2 (49). W obu tych numerach znalazło się łącznie 105 zadań, a mój wynik to 70:35, czyli  66,6% sukcesu. W następnym miesiącu były to już trzy numery „Rozrywki” oraz „Rozrywka Magazyn” i „Rewia Rozrywki”. Dołożenie Rewii sprawiło, że mój wynik bardzo się pogorszył. Nie mam tego numeru przed sobą (a szkoda), ale wtedy zrobiłam zaledwie jedną trzecią. Chętnie zerknęłabym ponownie na zadania, które sprawiły mi taką trudność. Od kwietnia do grudnia rozwiązywałam już wszystko, co oferowała Rozrywką, czyli oprócz  trzech wymienionych tytułów również „Rozrywkę od A do Z” i „Rozrywkę do Podróży”.  A może się mylę i było coś jeszcze?

Rok 1996 był dla mnie bardzo ważny również z innego powodu. 23 października uczestniczyłam po raz pierwszy w turnieju szaradziarskim, a były to III Szaradziarskie Mistrzostwa Warszawy. Wtedy turniej ten odbywał się w środku tygodnia (chyba w środę), popołudniową porą. W tym dniu poznałam mojego Staszka oraz kilka innych osób z szaradziarskiej braci. Niedawno odkryłam, że niektórzy pamiętają, jak byłam wtedy ubrana (tak, tak, miałam ten nieszczęsny kapelusik).

Rok 1996 zakończyłam z ogólnym wynikiem ponad 70% rozwiązanych zadań.

W kolejnych latach planowałam nadal rozwiązywać wszystko, co wydaje Rozrywka, starając się z każdym rokiem zwiększać swoją skuteczność o 5%. Początkowo szło mi dobrze – rok 1997 zaliczyłam zgodnie z planem, rok 1998 również, i wtedy w redakcji wykluł się nowy miesięcznik: „Rozrywka. Jolki”. W 1998 roku pojawiły się 2 numery Jolek opatrzone numeracją, natomiast w styczniu 1999 roku ukazał się nr 1 (3) – już jako miesięcznik. No i takiej ilości nie byłam w stanie ogarnąć. Przez kolejne dwa lata (1999 i 2000) ścigałam się z redakcją, ale stale byłam w tyle. W styczniu 2001 roku skupiłam się na bieżących numerach i rozwiązywałam wszystko (a jednak się dało!) przez prawie półtora roku (do maja 2002), co jest o tyle zdumiewające, że w tym czasie zostałam mamą.

W czerwcu 2002 r. zrezygnowałam z kupowania tytułów „Rozrywka. Magazyn”, „Rozrywka. Jolki” oraz „Rozrywka do Podróży”. Pozostałe tytuły rozwiązywałam systematycznie do grudnia 2004 roku – w tym momencie moje notatki się kończą.

Dodam jeszcze, że pierwszym numerem rozwiązanym przeze mnie w całości (100%), był numer „Rozrywki do Podróży” z listopada 1999 roku. Później kolejne „setki” posypały się, ale jak widać czekałam na taki sukces prawie cztery lata. Rozwiązany numer uznawałam za odhaczony, kiedy sprawdziłam wszystkie rozwiązania.

Z perspektywy czasu uważam, że kilkuletni tak intensywny i regularny trening w rozwiązywaniu dał mi bardzo wiele. Poznałam wszystkie rodzaje zadań (nauczyłam się m.in. rozwiązywać kryptarytmy i inne zadania matematyczne), poznałam „szaradziarskie chwyty”, zbudowałam dużą bazę słów i ich znaczeń.

W późniejszych latach nigdy już nie rozwiązywałam żadnego z tych czasopism systematycznie. Miałam również bardzo długi okres, gdy zadania szaradziarskie rozwiązywałam wyłącznie na turniejach. Szaradziarstwo przegrywało z książkami, filmem, muzyką.

Uważałam, że ten systematyczny trening w rozwiązywaniu był pewnym etapem, który już nie powróci. Wydawało mi się, że nie jestem w stanie rozwiązać numeru od deski do deski.

A jednak jakiś czas temu zaczęłam zabierać na wyjazdy wakacyjne pojedyncze numery. Miałam komfortową sytuację – określoną liczbę zadań, na określoną liczbę dni. W ubiegłym roku wyciągnęłam zgromadzony zaległy rocznik „Rewii Rozrywki” i w stosunkowo krótkim czasie rozwiązałam dwanaście numerów – tak jak kiedyś, od deski do deski; nie opuszczając nawet tych całostronicowych krzyżówek, które są tak niewygodne dla leworęcznych (ha, ha!). Ze zdumieniem zauważyłam, że wraca do mnie bardzo dużo odczuć znanych z przeszłości. Już nie zastanawiam się, które zadanie wybrać, skoro zamierzam rozwiązać wszystkie. Im więcej rozwiązuję, tym więcej zadań budzi moją ciekawość. Czasem spotykam się z opinią, że w czasopismach „nie ma czego rozwiązywać”, że „zadania są banalne i nudne”.  Też mi się tak wydawało. Ale często są to stwierdzenia rzucane przez osoby, które nie rozwiązują.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy naprawdę dużo rozwiązywałam. Leży przede mną cały stos numerów kilku wydawnictw i są to numery wypełnione od deski do deski. Z perspektywy osoby, która skosztowała ostatnio tak wielu dań szaradziarskich, chciałabym powiedzieć, że w każdym czasopiśmie (lub zestawie zadań z turnieju) znajduję coś dla siebie. Coś rozwijającego i ciekawego.

Obserwuję swoją szaradziarską drogę i widzę falowanie. Intensywność z jaką rozwiązuję zadania w czasopismach na przemian wzrasta i maleje. Wydaje się więc, że po jakimś czasie ponownie spadnie. Znów będę rozwiązywać dużo mniej. A może nie?

5 myśli w temacie “Mały szaradziarski powrót do przeszłości”

  1. Przeczytałem pierwsze zdania i zastanowiło mnie to, w jaki sposób ktoś, nie mający wokół siebie osób pasjonujących się szaradziarstwem, połyka tego bakcyla i postanawia zająć się tym poważniej. Czy pamiętasz, co Tobą kierowało, jakie miałaś motywacje?
    Myślę, że większość szaradzistów miała jakiegoś mentora, osobę lub osoby wprowadzające w świat krzyżówek, szarad, rebusów. Rodzice, babcie i dziadkowie, starsze rodzeństwo, koleżenka/kolega. Tym większy mój podziw budzi sytuacja, kiedy ktoś sam odkrywa w sobie smykałkę do rozwiazywania lub/i układania zadań.
    Z opisu wynika jednak duża systematyczność i umiejętność wyznaczania sobie celów. Też pamiętam te czasy, kiedy miałem ambicje rozwiązywania od deski do deski (a może od A do Z – zwłaszcza taki jeden periodyk…), ale nie pomyślałem o tym, żeby to jakoś dokumentować. Jakie to cenne źródło po latach!
    A to falowanie, o którym piszesz, to chyba norma. Może inaczej mają osoby, dla których szaradziarstwo jest też zawodem, ale pewnie i w ich życiu priorytety się zmieniają.

    1. Mama prenumerowała „Przyjaciółkę” i „Kobietę i życie”. Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam, że siedziałam obok niej, gdy rozwiązywała krzyżówkę. Większości określeń kompletnie nie rozumiałam, ale jedno zapamiętałam i wydawało mi się wtedy bardzo magiczne. Chodziło o określenie: „domena jurysty” – do tej pory, gdy widzę je w krzyżówce, przypominają mi się moje początki. Poza tym była krzyżówka w „Razem” i oczywiście cały dział w „Świecie Młodych”. A jak już trochę złapałam bakcyla – to przetrząsnęłam bratu wszystkie czasopisma techniczne i porozwiązywałam w nich to, co byłam w stanie.
      Pierwszej samodzielnie rozwiązanej krzyżówki nie pamiętam, natomiast pamiętam pierwszy rozwiązany algebraf i gdyby istniało archiwum „Świata Młodych” mogłabym wskazać to zadanie, bo pamiętam, kiedy to było. Ciekawie byłoby spojrzeć na nie teraz i ocenić stopień trudności.

    1. Dzięki, będę szukać.
      To był najprawdopodobniej 1987 rok (ewentualnie 86) i bożonarodzeniowe wydanie „Świata Młodych” ze specjalnym świątecznym blokiem zadań. Była tam duża krzyżówka w kształcie choinki (w stojaku słowo „kniaź”), kilka mniejszych zadań i właśnie algebraf – dziewięć liczb tworzących sześć działań (trzy w pionie, trzy w poziomie), cyfry zastąpione piktogramami. W tym konkursie były jakieś cenne nagrody i to własnie one skłoniły mnie do tego, żeby rozwiązać algebraf.
      Pamiętam dwie myśli, które pojawiły się w mojej głowie, kiedy usiadłam nad tym zadaniem:
      1. matematyka wyniesiona ze szkoły tu się raczej nie przyda (poza liczeniem).
      2. ale przecież liczba możliwości jest ograniczona i wystarczy odrzucić te, które nie pasują (ha, ha!)
      Znalezienie rozwiązania sprawiło mi taką frajdę, że od razu rozwiązałam wszystkie inne algebrafy, które znalazłam w domu (w miesięczniku „Wiedza i Życie”).

  2. Może ktoś z zaglądających tutaj wie, kto redagował kącik rozrywek umysłowych w sobotnich wydaniach „Świata Młodych”? Podpisywał się pseudonimem Ben Akiba. To pasuje mi do Zdzisława Nowaka, który w swoich książkach z łamigłówkami chętnie czerpał z tradycji Bliskiego Wschodu. Ale może to fałszywy trop?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *