Z okazji zakończenia roku szkolnego

W dniu zakończenia roku szkolnego przypomniała mi się scenka sprzed kilku miesięcy.

Właśnie smażyłam  naleśniki, kiedy dostałam codzienną porcję „szkolnych heheszków”.

– Dzisiaj pan od fizyki przyniósł na lekcję szklankę napełnioną do połowy wodą, żeby zademonstrować działanie siły odśrodkowej. Najpierw poruszał szklanką lekko na boki i nic interesującego się nie stało, później zaczął wykonywać bardziej energiczne ruchy i pewna ilość wody wylądowała na podłodze.

Niby nic wielkiego, ale spodobało mi się.

– Taaak, najlepsze są te lekcje, na których nauczyciel coś demonstruje. Bierze dziennik i rzuca płasko na podłogę. Wiadomo: siły oporu, przyśpieszenie ziemskie…

– Eeee, Mamo… Nie ma już papierowych dzienników.

– Co?! Jak to nie ma papierowych dzienników?!

Jestem autentycznie zdumiona, ale po chwili sama zaczynam sobie odpowiadać. Przecież po raz pierwszy logowałam się na swoim rodzicielskim koncie już jakieś pięć lat temu. Nagle uświadamiam sobie, że zawsze myślałam o dzienniku elektronicznym, jak o czymś dodatkowym, uzupełniającym, równoległym.

Ale, zaraz, zaraz… czy to znaczy, że nauczyciele nie wysyłają już uczniów po dziennik?!

Sięgam pamięcią do czasów szkolnych i przed oczami stają mi nauczyciele i uczniowie. Nauczycieli mogłabym podzielić na tych, którzy prawie zawsze przychodzili do klasy z dziennikiem pod pachą i na tych, którzy prawie zawsze przychodzili bez dziennika; uczniów – na tych, którzy daliby się pokroić, żeby pobiec po dziennik (albo kredę) i na tych, którzy oddaliby wszystko, byle nie zostać nigdzie wysłanym. W moim wspomnieniu dziennik w twardej wiśniowej okładce jest pomostem, czymś co skraca dystans, jest dowodem wzajemnego zaufania i daje uczniowi okazję do wykazania się. A teraz dowiaduję się, że tego już nie ma.

 Jak przez mgłę dolatują do mnie kolejne informacje: w szóstej klasie dziennik był na etapie testów… w każdej sali jest komputer… kiedy nie ma prądu,  nauczyciel nie może sprawdzić obecności (jeśli nie ma wydrukowanej listy uczniów)…

Nie mogę uwierzyć, że to się aż tak zmieniło,  a potem w przypływie desperacji  rzucam:

– To nie ma już teraz sytuacji typu: „Bartku, idź po dziennik”?

– Nie ma, teraz jest: „Bartku, chodź tutaj, BO MI SIĘ JAKIEŚ DZIWNE OKIENKO OTWORZYŁO”.

Co za ulga. Wszystko pozostało po staremu. Uczeń potrzebuje nauczyciela, a nauczyciel – ucznia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *