Szaradziarstwo na co dzień: w nagłówkach gazet, w podręcznikach i w podmiejskiej elce.

Ten rysunek powstał jakiś czas temu. Gazetę z wykorzystanym ogłoszeniem zachowałam na pamiątkę. Mogę przez dłuższy czas nie rozwiązać żadnej krzyżówki, a szaradziarstwo i tak znajdzie do mnie drogę. Codziennie.

Jest zwykła środa. Rano.

Staszek właśnie wrócił ze sklepu, z którego poza pieczywem przyniósł zgarnięty mimochodem bezpłatny tygodnik regionalny. Robię herbatę, siadam na kanapie i szukam czegoś do czytania. Otwieram gazetę na chybił trafił, mój wzrok zatrzymuje się na stronie z ogłoszeniami.

Poszukiwany Kierowca Autobusu Miejskiego – „krzyczą” czarne, wytłuszczone litery. Czyżby coś nabroił? Nie, chyba jednak nie – obok jest podana proponowana pensja.

Albo to:

Przystankowe łamigłówki – zaraz, zaraz, gdzie mój ołówek? Ach nie, to tylko rozkłady jazdy, czasowo zmienione, wprowadzają pasażerów w błąd.

Drony przeciwko smogowi automatycznie przerabiam na „wrony przeciwko smokowi” i od razu mam przed oczami stosowny obrazek.

Zatrudnię osobę do gotowania zup mlecznych, obróbki warzyw i kucharza

No dobrze, wystarczy tych wygłupów, lekcje czekają.

Wojtek jest w ósmej klasie, którą realizuje w ramach edukacji domowej.  W związku z tym musi zdać egzaminy całoroczne. Materiał przerabiamy wspólnie. W trakcie zmagań z podręcznikami jestem nauczycielką, uczennicą i oczywiście szaradzistką.

Czy rozwiązywanie krzyżówek pomaga w zdobywaniu wiedzy?

Jasne, że tak. Nie mam najmniejszych wątpliwości. Rozwiązywanie krzyżówek – to obcowanie ze słowami i ich znaczeniami. Ciągle łapię się na tym, że niektóre nazwy niemal automatycznie rozwijają mi się w określenia z zadań szaradziarskich. Bardzo często mówię do Wojtka: „w krzyżówce najczęściej jest to określone tak a tak”. Nawet jeśli odsieję mniej udane, sztampowe lub wręcz błędne hasła spotykane w krzyżówkach – pozostaje bardzo dużo wartościowych określeń, niosących wiele cennych informacji.

W ramach biologii rozwiązujemy krzyżówki genetyczne. W ćwiczeniach znajduję taki tekst:

„U kawii domowej (zwanej dawniej świnką morską) …”

Doskonale pamiętam to zamieszanie sprzed kilku lat, kiedy wszystkie stacje radiowe głosiły, że nie ma już świnek morskich. Bywałam wtedy regularnie w  sklepie zoologicznym, w którym rezydował przepiękny „papug” o imieniu Bono i pewnego dnia zauważyłam na szafkach dla zwierząt nowe, bardzo eleganckie etykietki. Na jednej z nich był napis: kawia domowa. Jakieś dwa miesiące później ta sama przegródka przykuła mój wzrok ponownie. Zniknęła barwna naklejka. Zamiast niej za szybą była pognieciona kartka ze zwykłego zeszytu z odręcznie wypisaną nazwą: świnka morska.

Nigdy nie miałam świnki morskiej, nie mam również nic przeciwko nazwie „kawia domowa”, która w sklepach zoologicznych najwyraźniej nie przyjęła się (ostatnio sprawdzałam). Czyżby rodzice nie chcieli kupować dzieciom świnek morskich pod inną nazwą? A może sprzedawcy mieli dość tłumaczenia, o co chodzi?

Przejrzałam podręcznik do biologii pod kątem obecności innych zwierząt objętych zamieszaniem z nazewnictwem. Jest wzmianka o hodowli foki szarej na Helu, ale bez podania nowej nazwy: szarytka morska. Natomiast w rozdziale o konkurencji jest zdjęcie samca rajskiego ptaka nazwanego tutaj cudowronką (czyż nie uroczo?).

Podręczniki do biologii i geografii, z których korzystamy (wydawnictwo: Nowa Era) są bardzo bogato ilustrowane. Mają jeszcze jedną zaletę (przynajmniej dla mnie), a mianowicie materiał jest tak rozłożony, że uzupełniają się. W pewnym momencie zaczęłam się gubić, w którym podręczniku znajduje się jakieś zdjęcie lub informacja. Przykładowo: uczymy się z podręcznika do geografii o Australii i jest mowa o endemitach. Mamy więc zdjęcie koali i kangura, ale mi brakuje ilustracji z dziobakiem. Nic straconego. Właśnie otwieramy podręcznik do biologii, gdzie w rozdziale o ewolucji opisano przykłady reliktów, wśród których zilustrowano i opisano nie tylko dziobaka, ale i kolczatkę na dodatek. Po Australii czytamy o Nowej Zelandii i jestem pewna, że będzie coś o słynnej krzyżówkowej papudze kakapo. Znów małe rozczarowanie, ale tylko na chwilę. Przechodzimy do biologii, do rozdziału o ekologii, w którym kakapo ilustruje (w dwójnasób) zjawisko zakłócenia równowagi ekosystemu.

Tak mnie pochłonęły rozważania o zwierzętach, że postanowiłam się trochę powymądrzać. Mówię do Wojtka:

– Zauważyłeś, że duże zwierzęta mają często krótkie nazwy, np. lew, słoń, żubr, a te bardzo małe – długie, np. strzygonia choinówka albo szrotówek kasztanowcowiaczek?

– A osa, mamo?

Po przerwie zmieniamy przedmiot i w ramach języka polskiego czytamy na głos „Pana Tadeusza”. Mam duże, ciężkie wydanie z ilustracjami Andriollego (reprint przedwojennego wydania lwowskiego), które zgarnęłam ze stolika z nagrodami na jednym z  turniejów szaradziarskich. Do tej pory leżało zafoliowane, bo wielkie i nieporęczne, a teraz – jak znalazł. Przy okazji dowiadujemy się, jak to się kiedyś pisało – z zachowaniem ówczesnych zasad ortografii.

A po obiedzie, na deser, dostaję taką historię:

Dwie licealistki wracają autobusem ze szkoły. W miejscu przeznaczonym na gazety i ulotki ktoś zostawił egzemplarz czasopisma szaradziarskiego. Nastolatki biorą się za rozwiązywanie, słucha tego cały autobus: miejscowość na Półwyspie Helskim (na 6 liter) – Kraków, duże zwierzę afrykańskie (9) – mróweczka, wsypywany do herbaty (6) – pieprz itd., a wszystko okraszone zabawnymi komentarzami.

Och, dziewczyny, chętnie bym was wyściskała. Zrozumiałyście doskonale coś, o czym czasami sama zapominam. Szaradziarstwo to przede wszystkim zabawa, a z łamania reguł rodzi się wiele dobrego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *